Bliżej świata?


Od dłuższego czasu biłam się z myślami czy potrzebny mi komputer w domu. Zawsze odrzucałam tę myśl jako absurdalną – w biurze co dzień siedzę przed jego ekranem osiem godzin, więc narażanie mojego wzroku dodatkowo wieczorem, w domu, nie wchodziło w grę. Po co? Wiem, wiem – cały świat od kilku, a nawet kilkunastu ładnych lat staje się jedną wielką globalną wioską. Są ludzie, którzy mieliby mordercze myśli gdyby ktoś odciął ich od internetu na dwa tygodnie, ba, na jeden dzień. Ja do nich nie należałam. Udawało mi się z powodzeniem zamykać drzwi do komputerowego wszechświata o godzinie 18-tej i wychodzić z biura z czystym sumieniem, bez drgawek na myśl o tym, że do następnego poranka będę pozbawiona możliwości klikania.

Zresztą klikania w moim życiu było wiele i to od młodych lat. Już w podstawówce zapragnęłam zapisać się do szkoły muzycznej, na lekcje gry na pianinie. Jako, że nie miałam na początku instrumentu w domu, nauczycielka kazała mi ćwiczyć…klikając w kontakty.  Taa, wiem, że wprawki „muzyczne” na kontaktach nie mają wiele wspólnego z klikaniem w klawiaturę nowoczesnego urządzenia. Jednak dla mnie te „kontaktowe” ćwiczenia miały większy sens niż siedzenie w necie do późnych godzin nocnych.

Istnieje jednak nieładne powiedzenie, że” tylko krowa nie zmienia poglądów”. Jak również „przyszła kryska na Matyska”. Oba te powiedzenia świetnie opisują sytuację, w której się znalazłam, ponieważ odkąd zaczęłam pisać do Kobietnika, klikanie zyskało dla mnie inny, głębszy wymiar. Mam cel, dla którego mogłabym włączać komputer w domu, nawet późnym wieczorem. I oto piszę do Was z mojego „brand new” laptopa, śliwkowego (chociaż z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, producent nazwał ten kolor niebieskim), gofrowanego 15 calowego cuda. Jest dla mnie absolutnie fantastyczny i potrzebny. Nagle. Niespodziewanie.

Przypomniałam sobie przy okazji, że ok. 11 lat temu protestowałam przeciwko posiadaniu telefonu komórkowego. Osoby rozmawiające w miejscach publicznych przez komórkę wydawały mi się niewychowane. Hmm, też już nie mogę tego powiedzieć o większości (z niechlubnymi wyjątkami) użytkowników telefonii komórkowej. Świat się zmienia a my wraz z nim. Płyniemy z prądem. Możemy, ale nie musimy. Chociaż ciężko byłoby, w niektórych przypadkach, upierać się, że technika nie jest nam potrzebna w życiu, to jednak czasem nachodzi mnie niemiła refleksja.

Technika ma nas zbliżać.
Mamy być dostępni pod telefonem, adresem mailowym, gadu gadu i na portalach społecznościowych. Łatwo nas odnaleźć po latach na Naszej Klasie i łatwo do nas się dodzwonić czy wysłać sms’a.  To ma nas do siebie zbliżać. Czy aby na pewno paradoksalnie nie oddala? Czy stosunki międzyludzkie nie stają się stosunkami istot ludzkich podłączonych do urządzeń elektronicznych? Czy nasze emocje, odczucia i myśli, przetworzone przez powyższe, nie ulegają zniekształceniu? Kiedyś w środkach komunikacji publicznej ludzie rozmawiali ze sobą. Teraz rozmawiają ludzie starsi lub znajomi. A i starsi, widząc dookoła siebie młodszych ze słuchawkami w uszach lub odwracających wzrok po pierwszej próbie nawiązania dialogu, zaczynają rozmowy coraz rzadziej. Kiedyś znajomi odwiedzali się, pisali listy – ręcznie. Teraz wystarczy nam zwykłe „hej” i kilka zdań na gadu gadu lub wysłanie świątecznego sms’a wg wzoru przesyłanego z komórki na komórkę – bo szybciej i nie trzeba wymyślać swoich życzeń? Hmm. Wiem, świat się zmienia. Dlatego, zamiast pójść dzisiaj do znajomych, piszę do Was te kilka zdań, szczęśliwie i szybko, na własne życzenie podłączona już do internetu.

                                                                    
                                                                                          Kobieta z Magdalii


fot. stock.xchng

Komentarze

  1. to ja dołożę swoje refleksie i powiem - "zbliża"!!!! gdyby nie internet mój mąż, nie byłby moim mężem :D Ba- ja nie znałabym jego, on- nie znałby mnie.
    listy pisane odręcznie- taaaak piękna sprawa, ale... pamiętam, jak lat temu naście mój ówczesny ukochany wyjechał na rok do Stanów. List szedł minimum tydzień. Często o wiele dłużej. Ileż ja łez wypłakałam, bo coś, ktoś nieopatrznie zrozumiał i na sprostowanie tego trzeba było czasami miesiąca!!! 2 razy rozmawialiśmy przez telefon :D Fortuna na chwilkę przyjemności z zegarkiem tykającym w tle. A teraz- teraz włącza się skype i nagle nie dzieli ani czas, ani przestrzeń!!! Więc może jednak zbliża?

    OdpowiedzUsuń
  2. Alcyna:)Ja też nie mogę sobie wyobrazić jak ja się umawiałam ze znajomymi i ukochanymi wtedy kiedy nie było jeszcze komórek;) Ale też pamiętam jak bardzo się cieszyłam kiedy moja przyjaciółka pisała do mnie listy z Belgii. Szły dłuuugo i nie było stałego kontaktu ale jednak były bardziej osobiste niż te klepane na klawiaturze. A może mi się tylko tak wydaje. Może po prostu to, że teraz jest łatwiej się skontaktować ze wszystkimi odbiera temu kontaktowi troszeczkę uroku;)I tylko tyle;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A historia z poznaniem męża przez internet super:):):)

    OdpowiedzUsuń
  4. gdyby nie internet nie poznałabym tylu fajnych dziewczyn:D
    dzięki internetowi mam kontakt z rodziną...jak dla mnie same plusy:D
    historia Alcyny, to największy plus!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tara, zgadzam się - gdyby nie net nie miałabym kontaktu z Gosią, od której się tutaj wszystko zaczęło:)

    OdpowiedzUsuń
  6. i wzajemnie Magda... nikt by nie mógł czytać wspaniałych tekstów o Twoich podróżach i oglądać cudnych fot! :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki, Gosia:):)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Spam usuwamy, prosimy o komentarz na temat artykułu :)