facebook

Kobietnik

"Świat Ruty" - recenzja

17:50



Okładka przywodzi na myśl letni, upalny dzień - ale nie spodziewajmy się takiej lekkiej opowieści po rzucie oka na zdjęcie odwróconej do nas plecami kobiety. To bardzo istotny szczegół - bo bohaterka jawi się jako osoba tajemnicza, wielowymiarowa, zagadkowa. Dziwi to tym bardziej, że w niewielkim miasteczku, które stanowi scenerię współczesnych wydarzeń, właściwie wszyscy się znają, każdy sekret błyskawicznie staje się wiadomością przekazywaną z ust do ust i nic nie umknie uwadze wścibskich czy ciekawskich, których nie braknie wśród nas...

Ale są też i tacy, którzy trzymają się na uboczu, żyją własnymi sprawami, we własnym świecie, nie pozwalają postronnym zbyt mocno wniknąć w swoje życie, a przyjaźnią się z podobnymi sobie. I choć na pozór nie wadzą innym, to ta osobność, odmienność bywa solą w oku, pożywką dla plotek, zarzewiem tragedii...

Iwona Żytkowiak swoją najnowszą powieścią wpisuje się w nurt historii będących swego rodzaju sagą rodzinną (choć tu owe rodziny są bardzo okrojone, mało liczebne), ale chociaż to kolejna książka kładąca pomost między współczesnością a dramatycznymi latami wojny i powojennej rzeczywistości, to nie można jej odmówić oryginalności, więc choć mamy tu w pewnym stopniu znany schemat, to jego twórcza realizacja każe zaliczyć tę pozycję do ciekawych, poruszających i zapadających w pamięć opowieści.

Główna postać to tytułowa Ruta, ale nie tylko losy tej wyróżniającej się spośród małomiasteczkowej społeczności kobiety-dziewczyny, niebanalnie ubierającej się artystycznej duszy będą nas zajmowały: poznamy niełatwą historię jej rodziców, ich chlebodawczyni, znachorki-zielarki, która nieraz ratowała zagubionych młodych z opresji... Ale zaczyna się wszystko współcześnie - i równie dramatycznie - bo wypadkiem drogowym. Chwila nieuwagi, mgła - powodów jest wiele - ale skutek tragiczny: Ruta potrącona przez jadącą do pracy nauczycielkę, Irenę, trafia do szpitala, a choć na pozór wszystkie parametry życiowe są w normie, to poszkodowana nie odzyskuje świadomości.

I tu zaczyna się ciekawy zabieg zastosowany przez autorkę - minione zdarzenia z lat dzieciństwa Ruty, ale też wcześniejsze - sprzed jej narodzin poznajemy dzięki onirycznym wizjom snutym przez nieprzytomną kobietę.

Przy łóżku chorej są i jej rodzice - milczący, jakby zasłuchani w to, co się z córką dzieje, wyłapujący najdrobniejsze jej reakcje, próbujący dzięki wiedzy przekazanej przez Wiktę-znachorkę, obudzić córkę.

Każda z tych czterech postaci - Irena, która prowadziła auto, Ruta leżąca w szpitalnym łóżku, jej rodzice - Anzelm i Estera - snuje własną opowieść, są wspomnienia, reminiscencje, z tych kawałków historii tworzy się spójna narracja, pokazująca i dramatyczne wojenne losy osób "na pograniczu" nacji, Niemców sympatyzujących z Polakami, Żydów, Cyganów. Widzimy ostracyzm i wrogość, brak zrozumienia, bolesne zdarzenia, które choć dawno minione, nie dają o sobie zapomnieć. Współczesny wątek to dramat opuszczonej kobiety, której mąż nagle stwierdza, że nic już ich nie łączy i zostawia ją dla młodszej. Obie płaszczyzny czasowe zostały ciekawie splecione, a sama historia niebanalnie przedstawiona, wciąga, porusza, przejmuje...

Polecam
Katarzyna

Autor: Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 296 
Format: 125mm x 195mm
ISBN: 978-83-8069-464-4









Read On 0 komentarze

Belriso - łap ten smak!:)

18:45



Ryż uwielbiałam od zawsze - choć przyznaję, że najchętniej w wersji pikantnej, najlepiej jako składnik zapiekanki. Dziś także chętni robię to danie, ale nie tak często jak bym chciała... Powód? Oczywisty dla wielu rodziców - dziecię kręci nosem;) U mnie ryż jest na pierwszym miejscu, u córki - na ostatnim. Jej "bezbłędna" prośba - "Nałóż mi zapiekanki, tylko bez ryżu!":P 

Nic więc dziwnego, że deser taki jak ryż na mleku musiał podbić moje serce, trafić w mój gust. Spróbowałam go... Ha, nie pamiętam, jak dawno temu;) Pewnie wówczas, gdy się ten smakołyk pojawił w sklepach, bo kojarzę wiele miłych chwil z tym deserem:) i wiele radości, gdy pojawiały się nowe smaki! 

Osoby oszczędne zapytają: dlaczego nie zrobić samemu?! Ba, gdyby to było takie proste...;) Rzeczywiście, można ugotować ryż na mleku, ale nie zawsze to mleko jest w lodówce (bo produktu typu UHT nie pijamy), po drugie - trzeba trochę czasu. Trudno też wycyrklować z porcją;) - zawsze mi "wychodzi" trochę za dużo, a jako że córki nie są amatorkami, to muszę jeść sama, no bo wiadomo, szkoda...;) No i wreszcie powód najważniejszy - jednak Belriso zupełnie inaczej smakuje;) - inne dodatki, inna konsystencja, nawet zapach! Ryż na mleku to oczywiście dobre, pożywne danie, ale Belriso można się delektować, rozkoszować, zachwycić!

Nie wiem, czy mnie pamięć nie myli, ale jako pierwszy kupiłam deser czekoladowy, potem waniliowy, truskawkowy. Potem pojawiły się kolejne - malina, karmel, mleczny... Firma Zott nie spoczywa na laurach!;) Jeśli zajrzycie do sklepu, znajdziecie sześć nowych smaków Belriso! Wśród nich wyrafinowane połączenia, propozycje do podania na ciepło po podgrzaniu w mikrofalówce, przepyszna Krówka i genialny "Winter", pod którą to tajemniczą nazwą kryje się deser o smaku ponczu owocowego z rumową nutą. 

Pokochałam smak Choco Cherry, bardzo posmakowało mi też Pieczone jabłko, mąż uwielbia Krówkę na równi z Choco Strawberry, wspólna fascynacja to Winter (wyjątkowy aromat). Przyznam, że każdy, kto spróbował Belriso, reaguje entuzjastycznie i bardzo pozytywnie: nawet ci, którzy jako traumę wspominają przedszkolne śniadania, doceniają ten smak. Koleżanka - typ Zosi-Samosi, zwolenniczka poglądu, że ryż na mleku można przecież samemu zrobić, stwierdziła, że to jednak zupełnie coś innego;) Druga - typ "wyrafinowana", była zdania, że to dość banalna propozycja... Ale namówiona na degustację, zmieniła zdanie;) Taki właśnie jest ten deser - urzekająco pyszny, zniewalająco rozkoszny, sprawia, że wyskrobuje się go z pieczołowitością z pojemniczka;) No i może być zawsze pod ręką, kiedy mamy ochotę na chwilę przyjemności:)

Katarzyna







Read On 0 komentarze

Olśniewać śnieżnobiałym uśmiechem...:)

12:35


 Sąsiad opowiada malowniczo o swej córce, której udało się zrazić do siebie niemal wszystkich dentystów, bo protestuje żywiołowo i energicznie przeciw wszelkim próbom choćby obejrzenia uzębienia;) Historie zabawne, choć z pewnością rodzicom do śmiechu nie jest, gdy kolejne podejście kończy się fiaskiem, bo i tym razem, mimo wcześniejszych obietnic córki, nie pozwoliła ona nawet na kontrolę stanu zębów... O tym, że trzeba o nie dbać, wiedzą wszyscy, ale zdarza się tak, że mimo iż nie stronimy od wizyt u stomatologa, wszelkie zabiegy higieniczne wykonujemy skrupulatnie i starannie, to nie jesteśmy zadowoleni z naszego uśmiechu, który - jak to się mówi - ma nam zjednywać sympatię otoczenia. 

Jestem doskonałym przykładem takiej osoby;) Zawsze dziwiły mnie słowa koleżanek: "Robię sobie Dzień Dziecka, nie myję zębów" czy sytuacja, gdy ktoś latami unika wizyty w gabinecie dentystycznym - naprawdę byłam bardzo zdyscyplinowana w tym względzie, ale moje zęby nie zachwycały - były żółte - jak to się potocznie określa - i choć nie najgorszy mam zgryz, to nie miałam ochoty się uśmiechać. 

W zamierzchłej przeszłości wypróbowałam wszelkie polecane "domowe sposoby" na wybielenie zębów - nie będę przywoływać już tych okropności, które nie dawały żadnych pozytywnych efektów. To było w czasach, gdy pasty miały po prostu myć, a aspekt wybielania jeszcze się nikomu nie śnił;) Ale gdy na rynku pojawiły się produkty tego typu, zaczęłam je nabywać hurtowo;) - jednak każda nowinka okazywała się nie do końca tym, o co chodziło (nawet ta legendarna pasta czerwonego lub jak mawiają inni - malinowego koloru...)

Nie ukrywajmy - od tamtych doświadczeń minęło sporo czasu, na co dzień używałam pasty gwarantującej wybielanie, to pogodziłam się z faktem, że pewne sytuacje są niezmienne... Ale będzie happy end!:) Pasta paście nierówna, zatem nie warto ustawać w poszukiwaniach, a najlepiej - wypróbować, jak działa Blend-a-Med 3D White Luxe Perfection oraz produkt tej firmy przyspieszający pojawianie się oczekiwanych efektów - Blend-a-Med 3D White Luxe Whitening Accelerator! 

Można powiedzieć, że mycie dwa razy dłużej - bo przecież to dwa produkty - musi dawać efekty;) Można też wykręcać się, że to zbyt długo... Dla tych, co machają szczotką około piętnastu-dwudziestu sekund, użycie dwóch preparatów może być faktycznie zatrważająco długie;) Ale pomyślcie sami - rekompensatą za ten czas będzie piękna biel zębów! A na dodatek - mogę się założyć - efekty zobaczycie niemal od razu! 

Wyznam, że już po pierwszym umyciu zauważyłam pozytywną zmianę! Naprawdę nie trzeba długo czekać, można nie zbroić się w cierpliwość;), bo widać zaraz, gołym okiem, że zęby są bielsze, osad usunięty, powierzchnia zębów gładsza, no i od razu chce się uśmiechać! 

Dlaczego warto wybrać tę pastę? Bo działa - co zostało potwierdzone badaniami klinicznymi: usuwa 100% przebarwień, a do tego zapewnia długotrwałą warstwę chroniącą przed nowymi przebarwieniami. Blend-a-Med 3D White Luxe Whitening Accelerator - jak sama nazwa wskazuje - daje dodatkowego kopa;), by niecierpliwi mogli już, teraz, zaraz cieszyć się efektami:) Podczas mycia produkt dociera nawet w miejsca niedostępne dla szczoteczki, przyspiesza usuwanie przebarwień powierzchniowych, dzięki niemu zyskujemy potrójnie: biel zębów na dłużej, ochronę przed nowymi przebarwieniami oraz ochronę szkliwa! A do tego ma waniliowy smak;) 

Na koniec gorące i dramatyczne pytanie: "Ale czy zdążę do świąt zyskać taki piękny uśmiech, jak prezentuje na zdjęciu Shakira?!" Tak, nie ma wątpliwości! 

Polecam:)
Katarzyna











Read On 0 komentarze

Pelavo - ucieszy całą rodzinę!:)

15:10



Z nostalgią wspominam czas, gdy Młodsza była maluchem, uwielbiała kiszone ogórki, jej pierwszym samodzielnie zjedzonym daniem była marchewka z groszkiem, którą pokochała tak, że wciąż trzeba było uzupełniać zapasy tych warzyw. Jeśli ją zapytałam, na co miałaby ochotę, odpowiadała też bardzo często: "Chcę zupkę!". Jadła buraczki, lubiła rybę... Kiedy dziś piszę te słowa, to sama ledwo w to wierzę, ale są przecież zdjęcia, filmy, zapiski w dzienniku rodzinnym, który sumiennie prowadzę, by zatrzymać różne chwile. Skąd to niedowierzanie? Bo tak koło trzecich urodzin zaczął się wielki przewrót, teraz właściwie żadne warzywa nie są godne, by znaleźć się na talerzu, teraz kawałeczek marchewki w zupie to powód do wylania morza łez, oprotestowania posiłku, krzyków... Z warzyw akceptowalnych pozostały nam brokuły i koperek - te córka uwielbia, ale nic poza tym!

Nieco lepiej jest z owocami, choć też bardzo króciutka jest lista tych lubianych: jabłka, gruszki, banany, winogrona (zielone), maliny, mandarynki - i koniec... Ostatnio córka przyniosła piękny rysunek, a którym były różne warzywa oraz śliwka, prezentując go wyjaśniła: "To są warzywa, których nie lubię i śliwka";) Nie dodałam, że mogła jeszcze sporo innych owoców dorysować: truskawki, czereśnie, wiśnie, arbuza, nektarynki, brzoskwinie, morele, jeżyny, porzeczki, agrest, kiwi, mango, papaja...

W przedszkolu je suchy chleb (nie cierpi masła, sera nie tyka, wędliny na ogół się jej nie podobają - "U nas w domu są inne" - wyjaśnia...), na obiad suchy makaron lub ziemniaki oraz mięso (ale bez sosu!), no i owoce - jeśli akurat jej pasują...

Ma naprawdę ograniczony zestaw potraw i produktów, zatem nic dziwnego, że i zdrowie nie te... Gdzie te czasy, gdy jako maluch była okazem zdrowia! Pierwszy antybiotyk dostała, gdy miała cztery lata, wcześniej nawet przeziębiała się góra raz na rok! Teraz co i rusz kaszel, katar, gorączka - można winić przedszkole, bo duże skupisko, wirusy krążą, ale na pewno dieta też ma znaczenie. Dodatkowo choroba córki bardzo mnie stresuje, gdyż nie tylko jedzenie nie zawsze jest akceptowane, często okazuje się, że i leki "nie smakują", że się je wypluwa, jest płacz i dramat...

Dlatego gdy w ubiegłym tygodniu okazało się, że córka gorączkuje, czuje się gorzej, to naprawdę były to dla nas trudne chwile. Środowe popołudnie, zatem "realnie licząc" choroba potrwa tydzień, może dłużej, a to się właśnie zaczyna grudzień, Mikołajki, występ w przedszkolu - pastorałka pięknie wykuta na pamięć, strój przygotowany, będzie i teatrzyk w "prezencie", potem wyjazd na okołoświąteczne warsztaty - moc atrakcji, które wiszą na włosku, jeśli choroba się rozwinie...

Gorączka była niezbyt wysoka, taka jeszcze nie do zbijania, zatem sięgnęłam jedynie po Pelavo, wybrałam wariant Multi 3+, Przeziebienie i grypa. Cztery dni - tyle wystarczyło, by rozprawić się z chorobą, dodam jeszcze, że nie były to przykre zmagania! Dwa pierwsze dni grudnia córka spędziła w domu, potem weekend - i od poniedziałku można było wracać do przedszkola, z radością i zapałem brać udział we wszystkich okołomikołajkowych atrakcjach!:)

Tym, co najbardziej cieszy, jest rzecz jasna skuteczność. To sprawa podstawowa: stosowany preparat musi działać, przyspieszać proces zdrowienia, zmniejszać dolegliwości. U nas zadziałał bez zarzutu! "Trochę kaszlę, ale już mało" - powiedziała w sobotę rano córka, bo bardzo chciała wybrać się na spacer z psem, jednak choroba - siła wyższa, będzie okazja za tydzień. Cztery dni spędzone w domu oraz systematyczne przyjmowanie syropu bardzo pomogło.

Pierwsze zetknięcie było niepozbawione obaw: czy posmakuje? Córka jest w tym wieku, że racjonalne argumenty i świadomość dobre wypływu leku na jej organizm nie działają, musi być smaczny, a najlepiej pyszny;) Nieśmiała próbowanie - bo jednak asekuracyjnie tylko odrobinkę upiła córka z dawki syropu, pokazało, że jest w porządku! Ba, po chwili usłyszałam: "Całkiem dobry" - a w ustach młodszej córki to już bardzo wiele!

Jakie jest Pelavo? Uniwersalne! Bo mamy wersję i dla młodziaków, czyli oznaczą 3+, jest i dla starszych pociech - 6+, poza tym oprócz Pelavo Multi jest Pelavo Oskrzela oraz Pelavo Nos i zatoki - trzy warianty na wszystkie zimowe kaszelki, bóle, niedomagania, nagłe choróbska, na śmigające wirusy. I jest rzeczywiście pyszne:) - różne warianty mają wiśniowy lub malinowy smak.

A do tego wszystkie zawierają naturalne składniki, zatem można by powiedzieć, że to sama Matka Natura się o nas troszczy. Panujący u nas klimat sprawia, że o przeziębienia nietrudno, że sezon grypowy trwa i trwa, na szczęście z bardzo ciepłych stron płynie do nas pomoc;) - jednym ze składników obecnym w każdym z syropów jest ekstrakt z pelargonii afrykańskiej, zawierający wiele substancji o korzystnym działaniu na układ oddechowy (m.in. glikozydy kumarynowe, fenolokwasy, flawonoidy, proantocyjanidyny). Producent zapewnia, że ekstrakt jest standaryzowany, zatem niezależnie od warunków atmosferycznych na plantacjach pelargonii, otrzymujemy produkt o określonej zawartości substancji czynnych, bo w sukurs naturze przychodzi nauka - syropy Pelavo zostały stworzone dzięki zaawansowanym metodom ekstrakcji i nowoczesnej technologii. 

Co jeszcze w nich znajdziemy?;) Bromelainę - wyciąg ze świeżych owoców ananasa i jego łodyg (to w wariancie Nos i zatoki), ekstrakt z porostu islandzkiego (Oskrzela, gardło, krtań), ekstrakt z lipy (Multi). Każdy z syropów zawiera też witaminę C, a dwa pierwsze z wyżej wymienionych wariantów także cynk - by dodatkowo wspierać siły obronne organizmu.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zajrzyjcie na stronę https://akademianiechorowania.pl/
Znajdziecie tam mnóstwo informacji o tym, jak zapobiegać chorobom, jak skrócić czas ich trwania, gdy się już pojawią, jakie produkty i dania wspierają walkę z chorobą i budują odporność organizmu, o dobroczynnym wpływie spacerów i zabawy na zdrowie najmłodszych... Mnóstwo ciekawych wiadomości! 

Katarzyna







Read On 0 komentarze

"Londyn w czasach Sherlocka Holmesa" - recenzja

19:20


Jeśli jesteście fanami postaci genialnego detektywa wymienionej w tytule tej książki, to być może w pierwszej chwili jej zawartość może Was nieco rozczarować. Lektura znacznej część tej pozycji minie w oczekiwaniu na fakty z ulubieńcem związane - zanim dotrzemy do strony 230, z treści wyłuskamy zaledwie informację o opiumowym nałogu Holmesa, a potem dłuższy fragment dotyczący "relacji" między autorem a stworzonym przez niego bohaterem (przyznajmy - niezwykle ciekawy i zaskakujący). Wyżej wspomniana strona to początek rozdziału "Zbrodnia i kara", w którym znajdziemy sporo wiadomości o przestępcach, sposobach ich działania, wyrokach, jakie otrzymali - i wiele kwestii łączy się z postacią detektywa amatora, znakomitego obserwatora, który swe sukcesy zawdzięczał spostrzegawczości i umiejętności myślenia analitycznego.

Ale niech nikogo nie zmylą moje słowa podkreślające "braki";) - bądźmy szczerzy: na pierwszym miejscu w tytule jest Londyn i to on jest jednak głównym bohaterem, jego portretowanie zajmuje przede wszystkim autorkę, a ciekawostki tej materii dotyczące, znalezione informacje, ustalone fakty oraz bogaty materiał ilustracyjny sprawiają, że lektura tej książki to prawdziwa uczta dla miłośników przeszłości, poznawania życia sfer wyższych, mrocznych kart historii, ale też realiów społeczno-obyczajowych, z dziedziny mody, kultury. 

Swą podróż przez Londyn sprzed lat rozpoczynamy od koronacji królowej Wiktorii, a kolejne meandry historii prowadzą nas przez pozostałą część wieku dziewiętnastego aż do lat pierwszej wojny światowej - "początku końca", gdy to przemiany we wszystkich dziedzinach życia doprowadziły do odejścia w przeszłość realiów wiktoriańskiego i edwardiańskiego świata. 

Obraz miasta i jego mieszkańców imponuje rozmachem - liczba poruszonych tematów sprawia jednak, że nie wszystkie zostały jednakowo dokładnie przedstawione. Rzecz jasna można przypisać winę niedostatkom źródeł, choć jak wynika z cytatów i przypisów, autorka dotarła do wielu interesujących materiałów. Niektóre spraw zostały potraktowane nieco powierzchownie, być może wynika to z osobistych zainteresowań czy też "wdzięczności" tematu. 

Nas - Polaków - ucieszą polonica. Okazuje się, że nie tylko dziś w Londynie przebywa wielu naszych rodaków, niegdyś także był on celem podróży, podejmowanych z rozmaitych powodów, ale zawsze owocujących ciekawymi spostrzeżeniami. Na przykład jak i dziś muzycy są ekstatycznie przyjmowani przez fantów, podobnie było i niegdyś - Ignacy Paderewski był podziwiany z powodu swej urody: "Kobiety rzucały na scenę kwiaty, próbowały go dotknąć lub ucałować jego ręce. Gustujący w rudzielcach prerafaelici znaleźli w osobie Paderewskiego idealnego męskiego modela".

Do tego książkę nie tylko świetnie się czyta, ale i ogląda - bo bogaty i interesujący materiał ilustracyjny to znacząca część tej pozycji. Podczas lektury zauważyłam jedną usterkę - na stronie 227 brakuje części tekstu, nie został on na kolejnej uzupełniony. Ale to jedyny błąd, a książka rzeczywiście imponuje treścią i zachwyca formą. Dla tych, których te czasy zainteresują, polecam także pozycję Billa Brysona "W domu", w której, poruszając się po wiktoriańskiej plebanii, mamy możliwości poznać wiele ciekawostek i intrygujących informacji.

Polecam
Katarzyna 









"Londyn w czasach Sherlocka Holmesa"
Autor: Krystyna Kaplan
Wydawnictwo: PWN
Oprawa: twarda
Liczba stron: 288
Format: 19x23 cm
ISBN: 9788301185039



Read On 0 komentarze

Lenor Unstoppables - małe, praktyczne, zniewalająco pachnące:)

22:55


 - To nowe perfumy? - tak spytała Młodsza, która mimo że jest przedszkolakiem, to interesuje się ogólnie rzecz ujmując życiem, więc i takie kwestie ją zajmują;) - Wychodzisz gdzieś? - indagowała dalej.
Nie były to perfumy i nigdzie nie wychodziłam. Na pierwszy rzut oka widać było, że strój mój jest wybitnie domowy, prawdopodobnie jednak zapach tak oszołomił Młodszą, że na takie niuanse nie zwróciła uwagi;) Po prostu włożyłam bluzę, którą uprałam w ostatnio używanym proszku, ale z dodatkiem kapsułek zapachowych...:) 

Jakiż to zapach? Niezwykle przyjemny! Weszłam w jego posiadanie jako jedna z czterech tysięcy Ambasadorek - i przyznam, że wypróbowanie produktu to klucz do polubienia, docenienia. Ileż razy widziałam reklamę perełek zapachowych? Sporo, dokładnej liczby nie podam, ale sama reklama nie zawsze i nie każdego przekona. Bardziej skłonna jestem dać się przekonać osobie, która użyła, doświadczyła "na własnej skórze" zalet i wad (o ile takie są;)), wypróbowała i poleca. A naprawdę warto mieć na uwadze ten produkt, jeśli zależy nam na świeżym, "miłym dla nosa" zapachu prania, który dodatkowo długo pozostanie na naszych ubraniach, pościeli czy ręcznikach. 

Miły zapach czuć już po otwarciu opakowania i wcale nie trzeba się "wwąchiwać";) Jest dość intensywny, a w zestawieniu z jaskrawym kolorem perełek może budzić obawy o sztuczność końcowego efektu czy też o to, że będzie on zbyt mocny. Ale czy świeżość może być przesadna?;) Zdecydowanie nie! Dlatego też bez obaw zastosujmy sugerowaną dawkę produktu, czyli jedną nakrętkę. Jak podaje producent, nawet trzy nakrętki wsypane jednorazowo nie będą miały negatywnego wpływu na ubrania. 

Pierwsze pranie chwilę poleżało, zanim doczekało się złożenia i posegregowania. Ale gdy weszłam do pokoju, w którym je położyłam, wrażenie było zdumiewające! Pachniało świeżo, intensywnie, ale nienachalnie. Być może niektórzy lubią składać pranie, dla mnie to jedna z mniej lubianych czynności (zaraz po myciu okien...), a tym razem były to naprawdę miłe chwile:)

Sympatycznym aspektem związanym ze stosowaniem perełek jest dozowanie - napełniamy nakrętkę, wsypujemy je bezpośrednio do bębna - i gotowe! Trzeba się bardzo postarać, by je rozsypać;) W porównaniu z płynami, które odmierzamy nalewając do nakrętki (a potem cieknie z niej, butelka się lepi...), kapsułki są bardzo praktycznym rozwiązaniem.

Ciągnąc wywód o ich zaletach warto dodać, że producent zapewnia, iż sprawdzą się w przypadku prania każdego rodzaju tkanin, można je stosować z ulubionym płynem do płukania, a najmilszy aspekt to zapach, który utrzymuje się wprost niewiarygodnie długo!:) (I znów gwarancja producenta - 12 tygodni świeżości w przypadku ubrań przechowywanych w szafie!).

Nasz wariant zapachowy - "Fresh" - to "wspomnienie przyjemnej, nadmorskiej bryzy" - zapach uniwersalny, idealny także dla "płci brzydkiej";) W opakowaniu z różową nakrętką znajdziemy wariant "Bliss", czyli owocowo-kwiatową kompozycję. Butelka z ciemnożółtymi detalami to "Lavish" - "zmysłowe połączenie brzoskwini z wanilią i nutą karmelu oraz czerwonych róż".

Jakieś wady? Wczoraj prałam "wełnę", zatem ustawiłam pralkę na odpowiedni program, dodałam płyn do prania i rzecz jasna perełki (bo uzależniłam się od tego zapachu;)). Po otwarciu pralki i wyjęciu pierwszych sztuk odzieży okazało się, że będę miała nieco dodatkowej pracy... Pranie pięknie pachniało (i nadal to robi;)), ale na każdej wyjmowanej rzeczy były po kilka perełek. Nieco mniejsze, bo częściowo się rozpuściły, jednak widoczne, więc rzecz jasna trzeba było je usunąć. Nie zajęło to dużo czasu, smugi nie zostały, tylko było to nieco uciążliwe. Być może to wina pralki, a może po prostu program wełna nie konweniuje z perełkami tak dobrze jak inne programy. Jednak dla pełnego obrazu informuję. 

A ogólnie? Gorąco polecam! Jeśli lubicie ten miły dla nosa i jakoś tak podnoszący na duchu;) zapach świeżego prania, to wypróbujcie perełki zapachowe Lenor Unstoppables!

Katarzyna









Read On 0 komentarze

Obserwuj Kobietnik

Kliknij w obrazek a przejdziesz na naszą drugą stronę :)

Kliknij w obrazek a przejdziesz na naszą drugą stronę :)
Recenzje literatury dla dzieci i młodzieży

Statystyki wejść

Page Rank

Pozycjonowanie
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Warte uwagi

Blog Kobiety z Magdalii :)

Subskrybuj nowe teksty przez Email

Kobietnik patronem medlilnym

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *