facebook

Kobietnik

Co w handlu piszczy;)

09:55



Niektórzy znają z autopsji parogodzinne stanie w kolejkach po rzeczy "luksusowe", jak i te najbardziej podstawowe. Równie trudno było kupić wędlinę, jak i buty. Rzucone ręczniki znikały na pniu, mydła brało/kupowało się tyle, po ile kostek dawano;) Dziś zdecydowanie pułapka biega za myszą;) Sklepy małe i większe, centra handlowe, supermarkety, hipermarkety, sprzedaż internetowa, portale aukcyjne - możliwości nabycia rzeczy nam potrzebny jest mnóstwo.

Problem mają raczej handlowcy. Jak wzbudzić potrzebę posiadania tego i owego? Zmieniająca się moda, towary z "zaplanowanym" czasem działania, których nie opłaca się naprawiać, zresztą kuszą nowe możliwości kolejnych wersji danego urządzenia - to wszystko działa w pewnym zakresie. Dlatego też nie ma już mediów bez reklam - prasa, radio, telewizja są ich pełne, niekiedy odnosimy wrażenie, że to nie bloki reklamowe przedzielają fragmenty filmów, programów, lecz jest wprost przeciwne...

Jednak to wciąż mało. Nachalna reklama wylewa się ze skrzynek pocztowych falą ulotek, a ze zmasowanym atakiem muszą liczyć się ci, których numer telefonu trafi do puli przekazywanych sobie przez firmy, sprzedawanych "baz". Wówczas mamy pewność, że z nieznośną częstotliwością bombardowani będziemy ofertami nie do odrzucenia - telefon dzwoni niemal codziennie, możemy bez wychodzenia z domu, bez wchodzenia do sieci nabyć coś wprost bezcennego.

Oferty dzwoniących osób nie pozostawiają złudzeń - taki fantastycznych okazji nie można przegapić! Cóż to za skarby dosłownie za bezcen można nabyć... Unikatowe pozycje, ciekawe publikacje, tak potrzebne i użyteczne rzeczy, że aż dziw, jak do tej pory sobie bez nich radziliśmy! 

Szczególnie często - przynajmniej takie są nasze doświadczenia - proponowane są przeróżne wydawnictwa - rzecz jasna piękne, starannie wydane, interesujące... Białe kruki - można by powiedzieć, zatem i cena niewąska, ale z drugiej strony - jak zapewnia przemiły rozmówca - kurier będzie gratis:P

Przerwanie niekończącego się wywodu mającego na celu przybliżenie nam wszelkich zalet to niełatwe zadanie, na ogół wręcz niemożliwe. Do tego odmowa jest traktowana na zasadzie - "nie znaczy tak", zaczynamy się zastanawiać, czy mówimy niewyraźnie, czy też rozmawiamy z osobą, która w innym języku się porozumiewa? Ale przecież listę zalet oferowanego towaru przekazuje po polsku... Może ma ją zapisaną? Zresztą tak biegłe ich podawanie potwierdza tę teorię. "Zatem umawiam kuriera na jutro?", "Przyzna pani, że to niecodzienna oferta?" Przyznam albo i nie, czasem przecież każdego dnia nowe skarby za bezcen (to oczywiście przenośnia - bezcen w stosunku do niebagatelnej wartości wynikającej z przemowy dzwoniącego...) są nam proponowane.

Przechodząc do sedna - trzeba zachować trzeźwość umysłu, nie wierzyć ślepo w zapewnienia o niezwykłej okazji, rozważyć, czy dana rzecz jest nam naprawdę potrzebna. Wystarczy być asertywny. Ale jest pewien aspekt tego rodzaju handlu, który napawa niesmakiem. Na wzór naciągania na wnuczka mamy "przyjacielską sprzedaż"...

Mechanizm jest prosty - numery wzięte z książki telefonicznej gwarantują, że mamy do czynienia z ludźmi nieco starszej daty. Bezpośredni, serdeczny zwrot "na dzień dobry" wzbudza zaufania, za chwilę pada pytanie o zdrowie - i już senior jest kupiony... A towar sprzedany. Z praktyk pewnej firmy wydawniczej o szumnej nazwie wiążącej się z wielkopańskim tytułem dorzucę jeszcze jeden przykład nieuczciwej praktyki - dzwoniąca nieustannie pani słysząc głos nieco młodszej osoby niż te, które pragną uwieść swoją ofertą, stosuje "sprytny" wybieg, bo pyta o jakąś osobę, której imię wzięła "z sufitu". Gdy jednak w rozmowę włącza się osoba, której miała być przedstawiana kolejna ekstraoferta (mamy dwa aparaty telefoniczne), wówczas okazuje się, że pani nie szuka jednak "Brygidy" - "Pani Gieniu, słyszę, że nie jest pani sama w domu, zadzwonię później, wszystkiego dobrego"...

O pracę obecnie niełatwo, ale pewne praktyki są wysoce nieetyczne. Jeśli naciągnięcie starszego człowieka jest jedynym sposobem na sprzedaż produktu, to ocena tak działającej firmy może być tylko jedna...

Katarzyna

Read On 0 komentarze

"Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna" - recenzja

01:00



Wiek dwudziesty zdaje się nie mieć tajemnic dla pary autorów: poprzednie ich pozycje tego właśnie okresu dotyczyły. Są to opracowania napisane barwnie, ze swadą, autorzy z zacięciem tropią ciekawostki, ustalają przebieg zdarzeń, relacjonują w sposób, który przykuwa uwagę i sprawia, że nawet osoby niepasjonujące się przeszłością zaczytają się w ich publikacjach. 

Tym razem uwaga autorów ogniskuje się na jednej postaci i przenosimy się nieco dalej w przeszłość niż w wiek dwudziesty -Wojciech Kossak urodził się bowiem ostatniego dnia 1856 roku. Z jego przyjściem na świat i planowanym chrztem związana jest ciekawa historia, gdyż rodzice mieli dwóch bardzo zacnych kandydatów do pełnienia tej funkcji. Jak wybrać z dwojga dobrego?;) Niesamowite zbiegi okoliczności czasem się przytrafiają i tak było tym razem: tuż przed północą urodził się Wojciech Kossak, a już pierwszego dnia kolejnego roku (dokładnie kwadrans tego dnia minął;)) na świat przyszedł brat bliźniak - Tadeusz. Chrzestnym pierworodnego został Horacy Vernet, ceniony malarz francuski, zatem przyszłość chrześniaka nie mogła być inna - czekała go wielka kariera malarska. Tym bardziej, że przecież i z malarskiej rodziny pochodził - jego ojciec był znanym batalistą. 

Takie ciekawostki, intrygujące opowieści czekają nas w każdym z rozdziałów dokumentujących życie i dokonania Wojciecha Kossaka. Mamy możliwość poznać niezbyt chętnie przykładającego się do nauki chłopca, który korzystając ze swego starszeństwa posyłała pilniejszego brata do odpowiedzi;), zagorzałego patriotę - już od młodych lat, bardzo uczuciowego (aż czasem za bardzo...) młodego mężczyznę - choć i bardzo zaawansowanego w latach także! Ale przede wszystkim widzimy artystę bez reszty oddanego tworzeniu, snującego wizje wielkich dzieł, dalekosiężne plany podboju serc i gustu odbiorców. I to w sytuacji, gdy tego typu twórczość, która dla niego była najwybitniejszym rodzajem sztuki - dzieła historyczne, batalistyczne, konkurowała z nowymi trendami. 

Obraz Wojciech Kossaka wyłaniający się z tej książki pokazuje nam go jako wybitnego malarza, starannie przygotowującego się do procesu tworzenia, z rozmachem planującego kolejne dzieła, którymi chce zadziwić publiczność, ale też jako ojca rodziny, dbającego o swych bliskich, z myślą o nich podejmującego różne działania, taśmowo malującego "Kossaki", bo i własne potrzeby lubiącego dbać o siebie mężczyzny oraz kolejnych dam serca wymagały sporych nakładów finansowych.

Jest patriotą, ale też czuje dumę z miana Hofmalera - "nadwornego" malarza cesarza Wilhelma; uważa się za szczególnie utalentowanego artystę i demonstracyjną wyższością traktuje wielu swych współpracowników, choćby tworzących z nim tak modne wówczas panoramy.

Autorzy ofiarowują nam ciekawy obraz Wojciecha Kossaka, widzimy człowieka żywego, barwnego, wielowymiarowego, zdolnego do wielkich czynów, ale nie pozbawionego wad. Jest to też świadectwo epoki, panujących zwyczajów, mód, ówczesnych politycznych orientacji. Maja i Jan Łozińscy posiłkowali się dostępnymi listami, artykułami prasowymi z tamtych lat, dziennikami i wspomnieniami. Lapidarne tytuły będące symbolicznym podsumowaniem danego etapu życia czy też dosłownym cytatem słów artysty zaciekawiają i zachęcają od bliższego poznania tej bez wątpienia niezwykle intrygującej postaci z firmamentu twórców parających się malarstwem w XIX i XX wieku. 

Polecam
Katarzyna






"Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna"
Autorzy: Maja Łozińska, Jan Łoziński
Wydawnictwo Naukowe PWN
Oprawa: twarda
Liczba stron: 240
Format: 24,1x16,3 cm
ISBN: 978-83-0118-572-5


Read On 0 komentarze

Coś się kończy, coś się zaczyna...

16:42

Drodzy moi,
Przychodzi taki dzień, że z tego czym były utkane marzenia lat temu kilka zostaje tylko wspomnienie. Ten oto nastał właśnie i pora przekazać stery Kobietnika dalej. W tym miejscu dziękuję Wam wszystkim za czytanie, zaglądanie, lajkowanie i za komentarze krytyczne. Zawsze z Magdalią powtarzałyśmy, że bez Was nie ma Kobietnika. Nie dotrwaliśmy 5 lat, ale co tam, ważne, jak było a nie jak długo :)

Dziękuję wszystkim, którym chciało się pisać na Kobietniku:
- AgaKry
- Agnieszka
- Alcyna
- Anastazja Maria
- Asia
- Basia
- Edyta
- Ewelina
- Kasia
- Kobieta z Magdalii
- Lara Egaree
- Maciek
- Magda
- Martussa
- Nina
- Soanna
- wirtualnamonia
- Wojetk
- Wrooblonek
oraz tym którzy pisali gościnnie

Pieczę nad Kobietnikiem obejmuje Kasia, którą znacie ze solidnego recenzowania literatury dla najmłodszych na Innej Bajce :)

Łezkę ocieram, ale idę do przodu - będę tu
Zawsze możecie powracać do tekstów już napisanych. Do przeczytania gdzieś... kiedyś....

Gosia Rajchel



Read On 0 komentarze

Sos z podgrzybków

09:24

Rozpoczął się sezon na grzyby! Pachnące lasem skarby najlepiej zbierać samemu i cieszyć się z obcowania z naturą. Jednak gdy brak nam czasu lub najbliższy las oddalony jest wiele kilometrów od naszego domu, grzyby można kupić.  Preferencje smakowe grzybiarzy są różne. Ja osobiście najbardziej lubię kurki, kanie, borowiki i podgrzybki.


Z tych ostatnich zrobiłam w sobotę pyszny sos według przepisu mojej babci i mojej mamy. Podaję recepturę:

Składniki:
-        - 50 dag dowolnych grzybów (np. podgrzybków),
-        -  ok. ¼ kostki masła (dbający o linię mogą użyć oliwy),
-        - 3-4 łyżki kwaśnej śmietany 12% (lub jogurtu),
-        -  1 duża cebula,
-        -   ok. ½ szklanki wody,
-        -   sól, pieprz – do smaku,
-        -  natka pietruszki lub koperek.

Grzyby obrać, umyć i pokroić (sprawdzając czy nie są robaczywe). Masło roztopić a następnie zeszklić na nim pokrojoną w kostkę cebulę. Cebula nie może się zrumienić! Dodać grzyby oraz wodę i dusić pod przykryciem aż grzyby staną się miękkie. Przyprawić solą oraz pieprzem i dodać zahartowaną śmietanę. Śmietanę hartujemy w ten sposób, że dodajemy do dniej stopniowo kilka łyżek gorącego sosu, mieszamy i wlewamy ciepłą na patelnię z resztą sosu. Potem całość doprowadzamy do wrzenia, dodajemy posiekaną natkę pietruszki lub koperek i od razu podajemy! Tak przyrządzony sos serwujemy z ziemniakami, ryżem, kaszą, makaronem, gołąbkami lub po prostu z chlebem. Ze wszystkim smakuje wybornie!

Jeśli zbiory grzybów były obfite polecam ich zamrożenie. Zimą smakują jak świeże! Ja grzybów przed mrożeniem nie blanszuję (czyli nie sparzam we wrzątku). Po prostu umyte, osuszone i pokrojone wkładam do woreczków i zamrażam. Polecam!

Read On 2 komentarze

Matala w paski. Kreta Cz.2

15:00
                          
Jak wspomniałam – cel został już wcześniej obrany – a kto dotarł do pełnego owocowo-warzywnych bazarów, tętniącego rolniczym życiem Mires, nie może nie pojechać trochę dalej na południe – do Matali!

Czytaj część pierwszą

Pogoda jest zmienna i nawet ta pozornie zła może przynieść nieoczekiwanie miłe niespodzianki. Morze jest piękne w każdej postaci ale najbardziej refleksyjne i budzące respekt jest wtedy, kiedy spienione fale biegną w sztafecie do brzegu i - mijając tę już powracającą - potężnieją. Wcześniejsza burza sprawiła, że woda w morzu libijskim wrzała! To piękne, rozszalałe, niespodziewanie inne oblicze Matali zawdzięczaliśmy wietrzno-podeszczowej pogodzie. Wielkie fale z hukiem przewalały się przez zatokę. Nie było śladu po łagodnej tafli i spokojnych wodach, w których pływałam parę dni wcześniej. Skała, na którą wtedy weszłam, zaglądając do groty -„łazienki” była teraz regularnie zalewana białą pianą szalonych fal. Woda w zderzeniu z kamieniem rozpryskiwała się na tysiące „mikrokropelek”, a z naturalnej jaskini obok, co jakiś czas, wybuchał gejzer wodnej mgły. Nasza radość i oszołomienie tym spektaklem były wielkie. Zabawa w pozwalanie wodzie na omiatanie stóp, nóg a potem (jak szaleć, to szaleć!) sukienki i spodenek mogłaby nie mieć końca. Zarzuciliśmy ją jednak szybko, zaraz po tym jak jedna z potężnych fal ściągnęła mi w jednej sekundzie buta i z sykiem wciągnęła go w morskie odmęty. Opłakiwanie sandała sprawiło, że poczułam nagły głód i czym prędzej udaliśmy się na obiad do pobliskiej tawerny.


 I to właśnie tego dnia Matala była dla mnie w paski:) W paski były skały. I w paski morze. Najpierw warstwa biało-szaro-czarnego piasku; morskiej pianki; pasek spienionej grzywy załamującej się wielkiej fali; półprzezroczysta czysta zieleń kolejnej, ścigającej ją, dopiero w natarciu; szmaragd jeszcze nie spiętrzonej toni; głęboki granat głębiny; horyzont; linia gór; chmury; błękit nieba. Te stworzone przez naturę linie były dla mnie na dodatek pionowe, ponieważ patrzyłam na nie leżąc na boku. Prawym. Na plaży. Udana sjesta:)

Pomimo naprawdę dużych fal i czerwonej flagi groźnie trzepoczącej na wietrze, mnóstwo ludzi, w tym także dzieci(!) oddawało się kąpieli w nieprzyjacielskich wodach. My również ścigaliśmy się z falami – jedynie na brzegu. Siła wody była jednak tak potężna, że w pewnym momencie zobaczyłam tylko końce palców u stóp W. :)- reszta znalazła się pod wodą.


Czas biegnie szybko i znowu słońce zniżało się ku zachodowi. Wiatr wiał teraz w stronę morza i rozczesywał przezroczyste czubki fal , tworząc pióropusze z białej piany. Wyspa Paximadia, w południe ledwie widoczny cień daleko od brzegu, teraz potężniała i z każdą chwilą przybywało jej grozy - była coraz bliżej.  Ubywało światła i jej kontury ostro rysowały się na horyzoncie. Plaża błyszczała w słońcu jak świeżo wyszorowany miedziany rondel. Skały skąpane były w starym złocie zachodzącego słońca. Trzeba jechać…jeszcze tu kiedyś wrócimy!



P.S. Chcę się z Wami podzielić czymś jeszcze - „dzień w paski” był dniem cudów:
1. Najpierw, rano, na monotonne do tej pory śniadania, w naszym hotelu w Eloundzie pojawiły się, wyczekiwane przez W. od tygodnia, kiełbaski(!);)
2. Potem zaskoczyła nas tęcza a pogoda zmieniła się diametralnie, z chwili na chwilę.
3. Mój but został jednak cudownie uratowany z kipieli(!!!:)) – znalazła i przyniosła mi go miła Angielka.
4. Szukając znaczków, których nigdzie nie było, znalazłam i kupiłam (!!!) w Matali pierścionek
z kolorowymi kamieniami, który „chodził za mną” od pobytu na Lanzarote a w Polsce nie mogłam podobnego znaleźć i już traciłam nadzieję;)
5. Było pewnie jeszcze kilka innych cudów, które przeoczyłam:)


             

                                                                                  Kobieta z Magdalii

fot. Kobieta z Magdalii
http://www.travelcenter.pl/
Read On 3 komentarze

Walka z czasem

21:00

Żyjemy szybko, jemy byle jak, śpimy mało, nie doceniamy bliskich, niedziela nie jest tak świąteczna jak być winna, zapominamy w tym biegu o ważnych sprawach. Ten bieg życia sprawia, że tak naprawdę nie znamy celu naszego istnienia. Wydaje się nam, że to o awanse, zasługi i bogactwo chodzi. To nas gubi. Boga spychamy na dalszy plan mówiąc "nie mam czasu". A paradoksalnie, gdy tak układamy priorytety nie jesteśmy szczęśliwi.

Ten wstęp odnosi się do wszystkich, nie tylko do matek. A matki... Matki mają czasu niewiele. Te matki, które korzystają z każdej chwili, dbają o dom, męża i dzieci. Myślą o sobie, uczą się. One mają czas wyliczony w sekundach. I takie matki mogą ale nie muszą powielać schematy braku czasu dla Boga, na modlitwę. Mnie zajęło odkrycie tego wiele lat, nie napiszę ile, bo mi wstyd. Bez Boga nic nie ma znaczenia. Bo jeżeli żyjemy z jego przykazaniami, chcemy go poznawać i być z nim, wiemy dlaczego zostaliśmy powołani do życia. Natomiast brak Boga w życiu powoduje, że gonimy za czymś, czego nie mamy, nawet nie nazywamy tego. Gonimy dla samego gonienia. Czekamy na coś co ma przyjść, a czas teraźniejszy przelatuje przez palce.

Żyjemy w upadłym świecie, a to znaczy, że sami upadamy. Ale powinnyśmy pamiętać, że Jezus pomoże nam wstać. Musimy tylko bardzo tego pragnąć. Nie wątpijmy, ale wierzmy jak dziecko. Szczerze, nie po to by nas inni widzieli, módlmy się i praktykujmy wiarę.

Wiem, nie mam żadnego doświadczenia w pisaniu o wierze, ale teraz myślę, że to dobrze. Ksiądz w kościele, autor poczytnych katolickich blogów, autor książek o tematyce chrześcijańskiej mają ogromną wiedzę biblijną. Ja Stary Testament znam jedynie z czytań w Kościele, a ich mało. Ja Biblię dopiero poznaję. Być może jest tak i z Wami. Być może, chcecie ale nie wiecie jak. Może macie znajomych, którzy Was wyśmieją, gdy powiecie "Dla mnie żyć - to Chrystus" (Flp 1, 21) ?

Ja dziś wiem, że bez Jego pomocy ciężko iść do przodu, nieść Krzyż cierpienia. Nie mając komu za wszelkie otrzymane dary dziękować, można stać się pysznym, egoistycznym. A prawdziwa wiara jest czysta. Kto wierzy prawdziwie nie wstydzi się, potrafi bronić Krzyża. Tak jak matka broni swoje dzieci przed zagrożeniami w życiu.

Zawierzcie wszystkie swoje sprawy ziemskie Bogu a poczujecie prawdziwą radość. Ubędzie Wam trosk i zmartwień. Same, nie wiedząc jak i kiedy, zaczniecie obdarzać innych miłością, pomagać i bronić.

W tym tygodniu mam wiele spraw na głowie, miałam problemy zdrowotne i już myślałam, że nic nie napiszę. Ale znalazłam kilka chwil. Czekałam na Weronikę, moja artystkę, pod szkołą, miała zajęcia dodatkowe. Chciałam znaleźć ten czas i Bóg mi pomógł. Chciałam się z Wami podzielić moim czasem - czy go zmarnowałam?

Gosia
fot. lewa moja chusta otula mnie w chłodne dni
Read On 0 komentarze

Obserwuj Kobietnik

Kliknij w obrazek a przejdziesz na naszą drugą stronę :)

Kliknij w obrazek a przejdziesz na naszą drugą stronę :)
Recenzje literatury dla dzieci i młodzieży

Statystyki wejść

Page Rank

Pozycjonowanie
Technologia Blogger.

Warte uwagi

Blog Kobiety z Magdalii :)

Subskrybuj nowe teksty przez Email

Kobietnik patronem medlilnym

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *