Na widoku jelenia... cz. 1




- Dzieci, pakujcie się już. Za godzinę jedziemy!
Tak obwieściłam im, dla mnie wesołą a dla nich nieciekawą, wiadomość. To pierwsze Święta od czasów, gdy on zdecydował, że woli żyć bez nas, na które wyjeżdżamy nie tylko na Wigilię, ale na cały tydzień. Zrywamy z miastem.
- Mamo, ale czy musimy jechać na jakąś zapadłą wieś, gdzie nie ma pewnie Internetu?
- Nie marudź – zgasiłam ostatnią nadzieję syna na przerwę międzyświąteczną w mieście. – Nie wiemy czy mają czy nie mają Internet. Wiemy za to, że chcą z nami spędzić te kilka dni, że taki wyjazd jest nam potrzebny. Nie musimy co roku siedzieć w mieście. Spodoba się wam.
- Mamo, ale…
- Misia, już ci pomogę.
Wcale nie słuchałam mojego pierworodnego. Czy dwanaście lat daje mu prawo decydować, co będzie robić w czasie, gdy ja mam całe osiem dni wolnego. OSIEM DNI! O- S- I- E-M!!! 
- Ale na co Ci tyle spodni?
- No, bo przecież te pasują do tej bluzki, a te do... o tego…
- Nie potrzeba aż tyle ubrań, tam nie będzie rewii mody. Trzy pary spodni i spódnica, dwa swetry, bluzka na każdy dzień jedna i bielizna podobnie. Musisz nauczyć się szybko pakować. Kiedyś to ci się w życiu przyda.
- Mamo, ale ja będę tęsknić za Marysią – zaczęła znowu córa.
- Chodźcie do mnie dzieci – Jacek usiadł na kanapie po lewej, Misia po prawej. Objęłam ich i powiedziałam - Nikt nie jest dla mnie tak ważny jak wy, ale jestem zmęczona. Potrzebuję pobyć z kimś, kto nie będzie ciągle mówił mi, co mam robić, że powinnam znaleźć wam nowego tatę. Nie chcę słuchać o tym, że potrzebny mi facet. Dajemy radę! Justyna jest jedyną znajomą z czasów szkoły średniej, z którą mam kontakt i mieszka w dodatku w malowniczej okolicy. Będzie fajnie, zima na wsi jest zupełnie inna niż w mieście. Zaufajcie mi, nie będziecie żałować.
- No dobra - odpuścił syn.
I co mnie ucieszyło, nie było żadnego "ale".
Mój syn dorośleje. Tylko dlaczego on jest tak podobny do niego… dlaczego ciągle przypomina mi o tym bólu, którego nie chciałam i którego nie rozumiałam.

Spakowani opuściliśmy nasze mieszkanie na siódmym piętrze w bloku, by wyruszyć na spotkanie z przygodą. My: moja dziewięcioletnia córa, syn dwunastolatek i ja, kobieta ciągle jeszcze przed czterdziestką.
- Według tego co podaje mi GPS będziemy tam za dwie godziny i piętnaście minut. To niedaleko, jak widzicie – i odpaliłam nasz pojazd. Zawieź nas proszę na miejsce bez numerów i nie rozkracz się gdzieś, gdzie psy dupami szczekają, myślałam w duchu.
- Mamo, a czy babcia wie, że nie przyjedziemy w tym roku? – spytała córa.
- Tak Misiu, nie była zadowolona, ale przecież dobrze wiecie, że jej ciężko dogodzić.
Po tych słowach w całym samochodzie zrobiło się wesoło. Trzeba wiedzieć, że babcia, chciała zawsze uszczęśliwiać wszystkich na siłę, mimo, że jej wcale to radości nie sprawiało. To chyba takie pokolenie - dać z siebie wiele, a siebie zostawić… no właśnie, na kiedy?
- A ciocia Kasia miała mi kupić prezent niespodziankę, no a jak jedziemy to mi nie da… - zawył syn.
- Da ci, ale po Nowym Roku. Pomyśl, wszystkim znudzą się już ich gwiazdkowe prezenty, a ty dopiero je dostaniesz – pocieszyłam moje dziecko.
Jechaliśmy, a krajobraz zmieniał się jakby ktoś przełączał slajdy. Miasto, pola, las. Coraz więcej śniegu skłoniło mnie do zjechania na pobocze i założenia łańcuchów na koła.
- Jak to się robi?
Stałam przy drodze z kawałkami metalu i przez myśl mi przeszło „gdyby jechał z nami mężczyzna”. Przestań, to nie jest trudne, zrugałam siebie. Instrukcja mi z pewnością pomoże.
Zza zakrętu wyjechał terenowy pojazd i zaparkował za nami. Wyszedł z niego uroczy pan w średnim wieku. No w każdym razie starszy ode mnie był.
- Trzeba pomóc? – zagaił.
- OOO tak, przydałaby się nam para męskich dłoni, która miała przyjemność z takimi oto łańcuszkami – ucieszyłam się.
- Tego powinni uczyć na lekcjach jazdy. Niestety nie każdy kursant jest w stanie poczuć śnieg i lód pod kołami w eLce. Ile już razy widziałem zakopane do połowy auta, a ile razy wyciągałem z rowu kogoś, kto nie domyślił się, że śnieg kryje pod sobą tajemnice… Chwali się, że zaopatrzyła się pani w odpowiedni sprzęt.
Założył łańcuchy, jakby to robił co dzień, udzielił też kilku rad, jak jechać i gdzie uważać. Ten człowiek znał tę okolicę jak własną kieszeń.
Uścisnęłam mu dłoń, dzieci także podziękowały i byliśmy gotowi, by ruszyć dalej.
- Jak daleko jeszcze mamo? - zapytał Jacek.
- Pół godzinki, kochanie.
- Ładnie tu, naprawdę mamo. - Misia ma duszę artysty, jakiż to balsam na moją duszę. Jej nie wzrusza byle co, znam ją, to moje dziecko.
- Tak Misiu, las zimowy jest przepiękny. Te drzewa, które otula biały puch są magiczne. W mieście to piękno natury nie jest tak zauważalne, bo zaraz obok są blokowiska a życie tak tam pędzi. Wieś sprawia, że zatrzymujemy się i dostrzegamy to, jak pięknie matka natura upiększa świat.
- No, może być. – zupełnie po męsku skwitował syn.

Dalsza droga minęła nam w ciszy, jakbyśmy się sami zastanawiali, co nas spotka w tym domku na wsi? Czy dobrze zrobiliśmy, że opuściliśmy bezpieczne cztery miejskie ściany? A może zaraz na drogę wyjdzie niedźwiedź? - czaiła się myśl w głowie Misi. Czy nie lepiej było jakieś gry na komputer wziąć? - medytował Jacek. Zabrałam ze sobą trzy tomy najnowszej sagi kryminalnej, będę w końcu mieć chwilę na sam na sam z lekturą - marzyłam z kolei ja.
- Dzieci, za tym zakrętem jest dom Justyny - oznajmiłam wesoło koniec podróży.
Wysiedliśmy z samochodu, który zaparkowałam jak zwykle idealnie, z lekarską precyzją, od linijki, przy samochodzie gospodarzy. Z domu wyszła drobna kobieta z psem, dzieckiem siedmioletnim i mężem wyższym od kobiety niemalże o połowę.
- Dorota! - Rzuciła się na mnie Justyna. - Nic się nie zmieniłaś, a to już tyle lat po maturze.
- A ty Justyś, tak. Wyglądasz o niebo lepiej! - odpowiedziałam na jej komplement.
- Poznaj, to Robert i nasza córka Basia. - uścisnęliśmy sobie dłonie, przedstawiłam dzieci.
- To może ja i ten młodzieniec zajmiemy się bagażem? - Robert jakby czytał w moich myślach. Miałam ochotę już tylko usiąść i napić się kawy.
- Bosko! - przytaknęłam.
- Dziewczyny, zapraszamy - Justyna już otwierała ganek.
- No no, mówiłaś, że macie mały domek, a to przecież wielka chałupa, Justyś.
- A wiesz, nam już tu ciasno. Nie wiem czy z wiosną nie będziemy myśleć o przybudówce. Na dole Robert ma pracownię, moje biurko w sypialni średnio nadaje się na gabinet. Kończy się, że razem z laptosiem lądujemy w kuchni co wieczór, kiedy to mam największą ochotę na pracę. Czasem zdarza mi się zasnąć na stole…
- Bycie wziętą pisarką wymaga ofiar!
Gorącą kawę ja, dzieci czekoladę i domowe bułeczki maślane wchłonęliśmy błyskawicznie.
- No dobrze, jak możemy ci pomóc w przygotowaniach do Wigilii? – zapytałam, chociaż nie spodziewałam się, żeby gospodyni czekała na to pytanie ze schowanymi za wyspą kuchenną fartuchami.
- Dorcia, większość zrobione, ale możesz pomóc nakryć stół.
Rozłożyłyśmy piękne stare zastawy. Justyś to ma gust. Jak mnie się taka zastawa marzyła, ale zawsze było coś innego, ważniejszego na głowie. Tu zebranie w szkole, do dentysty z Misią, potem szybki rajd po sklepach. Oj, życie samotnej matki to ciągła gonitwa.
- Kto będzie na Wigilii oprócz nas? – zapytałam.
- Miał być mój kuzyn, ale pojechał wczoraj do swoich rodziców. Zapowiedział się na drugi dzień Świąt. Tak więc będziemy tylko my.
- Okey, rozumiem. Mam nadzieję, że nie wygłupiałaś się z prezentami dla moich dzieci?
- Takie drobiazgi raczej, nie złość się. - dostałam buziaka.
- No i co ja mam z tobą zrobić?
- Masz spędzić miło te kilka dni, a dzieci będą się razem bawić. Zobaczysz, będzie fajnie.
- Widzisz to? Jacek jęczał przez pół drogi „a co ja tam będę robić, a Internet mają?” Misia już tęskni do przyjaciółki Marysi.

Dzieci w tym czasie poszły do pracowni Roberta. Pokazał im pomieszczenie, w którym pracował. Zajmował się projektowaniem modeli technicznych dla różnych, większych lub mniejszych, firm, które potem produkowały je w ogromnej liczbie egzemplarzy i sprzedawały jako pomoce naukowe i zestawy małych konstruktorów. Silniczki,oporniki, mierniki, tranzystory, diody, układy scalone i cała gama urządzeń mogła zawrócić w głowach, ale komu? Chłopakom naturalnie. Misia zaraz wyszła ze znudzoną miną. Basia pokazała jej ogromny domek dla lalek, w którym było zamontowane światło i to w każdym pokoju! Takie cuda mają tylko córki konstruktorów.
- Justyna, a jak twoje książki? Piszesz kolejną część?
- Właśnie muszę zaraz po Nowym Roku jechać na spotkanie z wydawcą. Jak dobrze pójdzie, to kolejny tom na święto szaleńców wyjdzie.
- Bomba! Mam ze sobą trzy ostanie, zmierzam nadrobić..
- To jak będziecie wracać, dam ci kopię ostatniej.
- No uwielbiam cię!
Wieczór Wigilijny przyszedł szybko. Kolacja z tradycjami, karpiem, barszczem i uszkami. Gospodyni tworzyła te cuda, między napisaniem kolejnych zdań swojej sagi. To wymaga ogromu pracy.
- Pośpiewajmy kolędy, a potem będą prezenty - to mówiąc, Robert rozdał wszystkim śpiewniki.

Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem wesoła nowina
Że Panna czysta, że Panna czysta
Porodziła syna…


Było wesoło, dzieci z chęcią śpiewały. Bardzo się cieszyłam, bo starałam się wychować je w duchu tradycji świątecznych. Kto, jak nasze pokolenie odejdzie, przekaże kolejnym pokoleniom, że święta to nie tylko czas prezentów, piosenek świątecznych w listopadzie, ale i głębokiego przeżywania tego, co tak naprawdę świętujemy.
- Mamo, zobacz - podskoczyła radośnie Misia na widok prezentu.
Córka dostała pięknie oprawiony pamiętnik na swoje wspomnienia. Szczerze jej zazdrościłam, ja swoje wspomnienia zapisywałam w byle brulionie. Jacek dostał książkę o tematyce konstruktorskiej. Basia, od rodziców, nowe mebelki do domku dla lalek, a ode mnie kilka kobiecych drobiazgów. Moje dzieci ode mnie dostały książki. Gospodarzom kupiłam nowy ekspres do kawy, bo ostatnio jak rozmawiałam z Justyś w tle usłyszałam jak Robert powiedział, że nie da się naprawić obecnego (użył przy tym niecenzuralnych słów). A ja…dostałam koncertową płytę Harrego Connick'a, Jr.!

Każdy był zadowolony. Moje dzieci z mieszczuchów, które bez komputera nie wytrzymywały kilku godzin, tego dnia magicznego sprzętu nawet nie szukały. Jestem z nich taka dumna!
Potem Robert zaprosił nas na otwarcie iluminacji świetlnej - cały dom wyglądał baśniowo, ustrojony lampkami.
Po takim dniu zasnęliśmy w mgnieniu oka. Śniło mi się, że siedzę w kinie i czekam na film ale zamiast filmu podchodzi do mnie Harry Connick, Jr. i mówi „to nie na film czekasz, ale na ciąg dalszy swojego życia”. A może to nie był wcale sen?

cdn...

Komentarze

  1. ile odc jest przewidzianych?

    OdpowiedzUsuń
  2. rano, południe, wieczór...11 stycznia 2015 18:11

    Rano...
    Rano to ja mam tyle pomysłów i nadziei, że dzień będzie udany. Wiele wyzwań na siebie nie biorę, ale te kilka chcę jakoś pociągnąć. Nie wrzeszczeć, nie marudzić. Zbyt wiele od siebie oczekuję.

    - Słucham?
    - Mogę wpaść?
    - Tak, nie mam żadnych planów.
    - O fajnie. To będę za godzinę.
    Za dwa skoki wskazówki godzinowej.
    - No cześć.
    - Słuchaj, bo jedank nie wpadnę teraz tylko wieczorem, może być?
    - Tak, pewnie.
    - Pa.

    I tak nadchodzi...
    Południe czeka wieczora bo z sił opadam. A mówią, że siedzisz w domu i nie pracujesz? A mówią, że to marzenie wielu. Bzdety! Codzienne sprawy zajmują tyle, że zanim zaczniesz myśleć o sobie pora kończyć. Pora połykać gdy ledwo usta otworzysz by ugryźć. W kołowrotku chwytasz szczotkę i co z nią ..? Do naczyń? Do włosów? Do zębów? ...do toalety? Co dzień to samo, co dzień w tym samym. I ślimaczym tempem nadchodzi...

    Wieczór ...
    Wieczór mija zbyt szybko. Odciągasz myśli od łóżka ale prawda jest taka, że o niczym innym nie marzysz. Ale szkoda czasu, trzeba celebrować chwilę, ciszy moment. Bo zanim zamkniesz oczy pora wstawać i znów...
    Rano...

    Gdy dzień się budzi cieszę się, że żyję! Że mam dla kogo biec i pędzić, mimo wrzeszczenia i marudzenia. Że szczotek zbyt wiele i nie opisane. A wieczorem stąpam cicho, na paluszkach, by nie obudzić niepotrzebnie... swoich marzeń które smacznie śpią.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Spam usuwamy, prosimy o komentarz na temat artykułu :)