Moja córka ma nowotwór nerki

5 lutego wieczorem Szpital Uniwersytecki w Krakowie Prokocimiu robił tak przygnębiające wrażenie. Szare wieżyczki budynków, budzące strach. Rozpłakałam się na sam widok tego budynku. Szliśmy z mężem na Izbę Przyjęć z naszą Martą w milczeniu. Nie wiedziałam co nas czeka za drzwiami, ale już byłam pełna niepokoju. A potem doba na chirurgii, dalej przeniesienie na hematologię i onkologię, teraz myślę, że dziesiątki osób badających brzuszek Tutki, komentarze pielęgniarek "to jest normalne", "mama musi nabrać dystansu", ta okropna tęsknota do moich starszych dzieci... Tak bardzo chciałam się wtedy obudzić z tego koszmaru. Ale zły sen nadal trwa a jego końca nie widać.

Nie myślałam nawet, że przyjdzie mi napisać o czymś takim na tej stronie. Ale piszę, bo wielu z Was to moi znajomi i osoby mi przychylne, a sama zniknęłam po urodzeniu Marty, 11-ście miesięcy temu z Kobietnika i straciłam z nimi kontakt. Nasza Marta ma guz nerki prawej, duży guz, który wg lekarzy może być Guzem Wilmsa. Jesteśmy po 3 cyklach chemii przedoperacyjnej. Gdy chemia zmniejszy guza będzie wycięty razem z nerką. To może być za dwa tygodnie, a może i za dwa miesiące. Potem ... potem będzie potem.

Zanim dotknęła nas ta choroba nie myślałam, że będę pisać o tym, że podzielę się swoim bólem z tak wieloma ludźmi, w większości obcymi. Ale potrzeba nam wsparcia. Na tę chwilę nawet nie wiem jeszcze jakiego. Z pewnością modlitwy i dobrych myśli, bo i Marta musi walczyć a my musimy razem z nią być silni. Być może kontaktów lekarskich. A może ktoś mieszka blisko Szpitala i zwyczajnie mogłabym go prosić czasem, gdy nas zatrzymają na dłużej, o głupie zakupy w Tesco? 

Już nie jestem zła na wiadomości od ludzi typu "jak się masz? jak czuje się Marta?" bo wiem, że ten kto tego nie przeszedł nie zrozumie swojej głupoty w ich zadawaniu. Teraz na nie nie odpowiadam. Sama dzielę się informacjami na temat leczenia Tutki (Tuty guz nerki) i tam też można do mnie napisać, odpowiem jak mi czas pozwoli.

Tutka nasza jest bardzo pogodnym dzieckiem. Rozpiera ją energia, co przy drenach. wenflonach i wejściu centralnym jest nie lada wyczynem w pilnowaniu by nie wyrwała. Gaworzy (baba, bubu, babo) i śpiewa, mruczy przy zasypianiu :) Drapie, łapie nas za nos i ma przy tym wielka frajdę. Zabiegi pielęgniarek już nie wzbudzają w niej emocji, no chyba że szczypie i piecze. Od kilku dni ma jeden ząbek - lewa górna jedynka :)

We wtorek mamy termin kolejnej chemii. Póki co jesteśmy w domu i na nie dojeżdżamy

Gosia Rajchel

ps. Bardzo dziękuję już teraz za wsparcie: pani Lidii z Wydawnictwa Bis, Kobietniczkom, niezastąpionym dziewczynom z Babyboom, Paproszkowi mojemu kochanemu, Madzi niani i pani Bożence i pewnie jeszcze wielu ludziom, o których w tym momencie zapomniałam...

Komentarze

  1. Gosia! Jestem z Wami modlitwą i myślami! Będę w Polsce 10.03.(wyjeżdżam teraz) i jeśli będę mogła w czymś pomóc to dzwoń, proszę.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Spam usuwamy, prosimy o komentarz na temat artykułu :)